poniedziałek, 29 czerwca 2015

Letni samograj

Statystycznie częściej oglądam się za kobietami niż mężczyznami. Jestem heteroseksualna i nie powiem, dobre ciacho nie jest złe, ale po pierwsze ciekawych facetów jest dużo, dużo mniej niż kobiet, po drugie nawet jeśli, to nie zawsze wypada mi kręcić szyją;-)

Okres łowczy w moim życiu mam dawno za sobą, więc, oczywiście, nie mam na myśli oglądanie się za kimś, bo ma na sobie coś ciekawego, bo wygląda intrygująco czy oryginalnie.
Pamiętacie może, jak pisałam o tym, że uwielbiam lotniska? Można tam spędzić trochę czasu na obserwowaniu ludzi i to z całego świata.Pod tym względem lubię też duże miasta - jest tam na co popatrzeć. Nie brakuje ludzi ubranych z biglem i pomysłem, odważnych fryzur, niestandardowych modowych rozwiązań.

Oj, wtedy szyja boli;-)

Czy za samą sobą w dzisiejszej wersji to akurat nie wiem, czy bym się obejrzała, bo jest spokojnie i nawet trochę nudno. Taki typowy letni zestaw z białą koszulą i szerokimi lnianymi spodniami, ulice pełne tego. Ale wiecie co? Nic nie poradzę na to, że czuję się w takim secie bardzo dobrze. Przyodziewam i już mogę wyjść, niewiele się zastanawiając. Jest wygodny, niezobowiązujący, luźny.




















fot. Riko

spodnie (pants) - zara
koszyla (shirt) - camaieu
blezer (blazer) - h&m
bransolety (bracelets) - różne (various)
sandały (sandals) - wojas
torebka (bag) - ebay
okulary (sunnies) - rayban

sobota, 20 czerwca 2015

Prosto i wygodnie z nutką industrialu.

Weekendy mijają mi ostatnio naprawdę aktywnie. Zwykle zaczynam już w piątek.
 Przede wszystkim kibicowałam synowi w różnych sportowych zmaganiach - piłkarskich lub rowerowych. Sama też się trochę sportowo poudzielałam.
Poza tym trwa w najlepsze kilkumiesięczny maraton atrakcji, imprez, przedsięwzięć wszelkiego rodzaju. I myślę, że moje miasto nie jest w tym jakieś wyjątkowe.
Musimy wybierać między rajdami rowerowymi, spotkaniami rodzinnymi, festynami, dniami otwartymi w muzeach, zawodami sportowymi, festynami, koncertami... nie można być wszędzie. Niestety.

Ale dziś spędziłam dość powolną, leniwą wręcz sobotę. Pierwszą od dawna.  Przytargałam warzywka z ryneczku, odwiedziłam babcię, coś tam poszyłam, coś ugotowałam, obżerałam się czereśniami na balkonie, no luzik. Miło. Wszystko w swoim tempie, bez spiny. Dobrze mi w takie dni.

Nawet w pisaniu jestem dziś taka rozpłynięta;-) Nic mądrego nie napiszę. Same pierdoły. Następnym razem będzie lepiej.

Co na mnie.
Nic szczególnego.
Poza pierścionkiem. Prawda, że ciekawy? To zatopione w tworzywie części starego zegarka, ale mnie całość kojarzy się nieco z klimatami industrialnymi.
Pierścionek zakupiłam spontanicznie w miłych okolicznościach. Otóż kiedy byliśmy na długi weekend majowy w Trójmieście, nocowaliśmy w Sopocie. Pokój obok wynajmowała para zdolnych ludzi, która przybyła tam na jeden dzień, by sprzedawać swoje cudne wyroby. Zrobiłam szybkie rozpoznanie, co mają i byłam w kropce. Znacie to uczucie, kiedy podoba Wam się wszystko i chce Wam się krzyczeć "Chcę!!!!!" ? Znacie.
Nie mogłam kupić wszystkiego. Skusiłam się na ten pierścionek.

Kopertówka ze srebrnym, metalicznym połyskiem też może kojarzyć się industrialnie. Zakupiłam ją za trzy złote w lumpeksie. Wisiała sobie i czekała. I ma dziś swoje pięć minut. Niech ma.

I nowe buty. Przewygodne. Zależało mi na botkach bez palców, takich właśnie zabudowanych, trochę ciężkawych, ale na obcasie max. 10 cm. I mam.


Zauważyliście trochę bardziej wyrazisty kolor na moich włosach? Planowałam zdecydowanie łagodniejszy. Na pudełku był idealnie taki, o jaki mi chodziło. A wyszła, jak to określiła moja koleżanka, Mariolka z geesów. Przeżywałam to na moim facebook'u.  Już biegłam po farbę w swoim naturalnym kolorze włosów, ale stwierdziłam, że taka chemiczna bomba nie jest wskazana. "Przetrwam", pomyślałam. I powiem Wam, że po kilku myciach uzyskałam naprawdę fajny kolor, dobrze się w nim czuję. A Wam się podoba?













spodnie (jeans) - allegro.pl
bluzka (top) - nn
pasek (belt) - sh
buty (shoes) - deichmann
torebka (clutch) - sh
pierścionek (ring) - piklus jewelery
bransoletki (bracelets) - nn
zegarek (watch) - prezent (present)



poniedziałek, 15 czerwca 2015

Long summer skirt

Podatek od marzeń. Lotto.
W zasadzie nie gram. Grywam, rzadko, spontanicznie, bez żadnego szczególnego systemu. W ubiegłym tygodniu zagrałyśmy z koleżanką z pracy. I nic, dupa.
Ale nim się okazało, że dupa, temat nam się rozwinął. Wiadomo chyba jaki. "Co, jeśli..."

To zależy, ile.

Mówiłyśmy o 2,5 miliona złotych. Co ja bym?

Dość przewidywalna lista życzeń i wydatków mi wyszła. O tym jednak może być kolejny post. Dziś chciałam troszkę o czymś innym.
O bogactwie.
To rzecz względna, bo dla jednych bogaty jest ten, który zarabia 7 tysięcy na miesiąc dla innych zaś dopiero ten, który zgarnia dwa zera więcej.

Jeśli chodzi o mnie, dwie i pół bańki raczej sprawiłoby, że poczułabym się zamożna, ale po rozdysponowaniu tych pieniędzy na pierwsze przyjemności oraz zabezpieczenie przyszłości naszej i syna wcale nie zostałyby kokosy.

I to by mi odpowiadało. Nie chciałabym więcej. Jestem przekonana, i wzięłam to przekonanie z obserwacji, że duża kasa zmienia ludzi. Niekoniecznie na dobre. Choć wydaje mi się, że jesteśmy z Riko na tyle dojrzali i poukładani, że potrafilibyśmy zapanować nad wszelkim zepsuciem, myślę, że w mniejszym czy większym stopniu jednak by nam odbiło.

A chciałabym, by pozostało tak jak jest.
 Byśmy umieli się cieszyć małymi rzeczami. Byśmy mieli marzenia, cele, które osiąga się z mozołem, ale też wielką satysfakcją. Byśmy strzegli tych samych wartości. Byśmy mieli tych samych przyjaciół.

Także jakby co, to chcę dużo, ale nie za dużo;-)

*     *     *

Zdjęcia ze spaceru do mojej babci. Kiedyś Wam o niej opowiem, fajna kobitka.
Zerwaliśmy dla niej z Igorem bukiet polnych kwiatów. Przypomniało mi się dzieciństwo - kiedy szłam odwiedzić babcię, a coś przy drodze rosło, zrywałam.

Spódnica to efekt działań rąk własnych. Przerobiłam sukienkę po mamie. Fajna nawet była, ale w nieszczęśliwej dla mnie długości. To ciach i mam spódnicę. Dwie warstwy przewiewnego batystu, ładny wzór, uważam, że całkiem fajna kiecka.
















fot. Igor


spódnica (skirt) - DIY
top - h&m
sandały (sandals) - zara
torba (bag) - po mamie (from my mum)
bransoleta (bracelet) - ?
kolczyki (earings) - nn
okulary (sunglasses) - cambell




wtorek, 9 czerwca 2015

Szczypta elegancji

OPEN.
Nie chodzi o tabliczkę na drzwiach do kawiarni.
Bynajmniej. O coś znacznie poważniejszego.
OPEN - Ośrodek Profilaktyki i Epidemiologii Nowotworów w Poznaniu. Tam spędziłam wczorajsze popołudnie. I siedząc w poczekalni stwierdziłam, że napiszę o tym na blogu, bo warto przekonywać do badań profilaktycznych.

Nie, nie jestem chora. Ale poza chorobą czy tragiczną śmiercią moich najbliższych właśnie raka u siebie boję się najbardziej. Mam swoje powody - wszyscy z rodziny, których przyszło mi pożegnać, chorowali na nowotwór. To plaga naszych czasów, podły wróg, wobec którego wciąż pozostajemy raczej bezsilni. Ale nicnierobieniem tylko ułatwiamy mu podstępną robotę.

Półtora roku temu na raka zmarła moja ukochana Mama.

Nie była typem stękającej i jakoś szczególnie pochylającej się nad sobą i swoim zdrowiem osoby. Miała 60 lat, a jej kartoteka w przychodni była niemal pusta. Może gdyby badała sobie choćby krew...

Wyciągnęłam wnioski. Nie popadłam w jakiś obłęd, ale pewne kroki poczyniłam. Po pierwsze raz w roku podstawowe badania laboratoryjne. Po drugie raz w roku USG jamy brzusznej.
I po trzecie OPEN.

To ośrodek, który prowadzi badania genetyczne w kierunku nowotworów. Aby Wam zilustrować, w czym rzecz, powiem, że właśnie takie z pewnością wykonała Angelina Jolie, nim zdecydowała się na szeroko komentowane operacje.

Chcecie, abym Wam opowiedziała, jak to wygląda? Dobrze.
W tym ośrodku (musicie poszukać takiej placówki najbliżej swojego miejsca zamieszkania) możecie się dowiedzieć, czy macie zmutowany jakiś gen. Ale to nie jest tak, że powiedzą Wam, że macie zmutowany gen raka płuc albo raka mózgu.
To są geny o nic nie mówiących nazwach (jakaśtamcyfra i jakaśtamlitera). I dany gen jest wiązany z jakąś grupą nowotworów. Jeden może brać udział przy tworzeniu się zmian w nerkach, w płucach, w jamie ustnej czy na skórze.

To dlatego najpierw zaczyna się od wnikliwej rozmowy z pacjentem. Poznaje się jego ewentualne nałogi, aby ocenić ryzyko wystąpienia konkretnej choroby, a przede wszystkim historię nowotworową w rodzinie (dziś już chyba nie ma osób, które nie mają/nie mieli chorego krewnego). Dobrze być przygotowanym i znać przypadki zachorowań co najmniej trzy pokolenia wstecz, łącznie z rodzeństwem rodziców i dziadków.
Na tej podstawie specjalista sporządza swego rodzaju siatkę, trochę jak skomplikowane drzewo genealogiczne.
Skłonności do raka są dziedziczne (choć nie jest to jedyna przyczyna), ale musicie wiedzieć, że nie dziedziczy się w oczywisty sposób. Jeśli dziadek czy ojciec miał raka płuc, nie oznacza to, że my musimy obawiać się właśnie o płuca.
Nie wiem dokładnie, na czym to polega, ale geny się w określony sposób "krzyżują". Otóż to, że moja mama chorowała na raka żołądka, a brat dziadka na krtań, u mnie wskazuje na zwiększone ryzyko raka piersi. Dacie wiarę?

Jak to wygląda i ile kosztuje? 
Udajesz się do takiej poradni. Odbywasz rozmowę, o której wspominałam wyżej. Na podstawie dostarczonych informacji specjalista może zasugerować, jakie geny należałoby zbadać. Można zbadać sobie wszystkie, ale to droga impreza, ponadto ociera się o paranoję.
Zaraz potem pobierają od ciebie krew. Próbka będzie przechowywana przez pięć lat i jeśli nie masz pieniędzy, by od razu zapłacić za wszystkie badania, możesz iść co jakiś czas i poprosić o zbadanie kolejnego genu.
Ocena jednego genu kosztuje od kilkudziesięciu do kilkuset złotych. Ja zrobiłam wszystko, co zasugerowała mi ta pani i zapłaciłam niecałe 500 zł.
Jeśli chcesz wyniki szybciej, czyli po kilku tygodniach, płacisz trochę więcej. Standardowo oczekujesz kilka miesięcy.

Potem z drżeniem serca idziesz, by się dowiedzieć, czy masz groźną mutację czy nie.
U mnie żaden ze zbadanych genów nie okazał się zmutowany.
 Ale absolutnie rozumiem decyzje Jolie, u której jednak wykazano ewidentne ryzyko zachorowania. W jej sytuacji i przy odpowiednim zapleczu finansowym zrobiłabym dokładnie to samo.

Ale uwaga! To, że geny są w porządku, nie znaczy, że nie zachorujemy. Otóż równie istotne, może nawet bardziej ciążące niż dziedziczność, czynniki to jedzenie, nałogi i styl życia. Papierosy i alkohol naprawdę zabijają, a żarcie i stres są następne w kolejce cichych morderców.

Ważne jest to, że nawet zanim odebrałam moje wyniki, poradnia od razu objęła mnie opieką profilaktyczną w kierunku raka piersi. Raz w roku mam mammografię, dwa razy USG. Wszystko załatwiam jednego dnia - mammo, usg i wizyta u onkologa. Wyniki i konsultacja w jednym dniu i miejscu! I to za 30 zł! Naprawdę.

Czy chodziłabym na te badania bez kopa w tyłek od poradni? Nie. Olewałabym. Bo młoda jestem. Bo nic nie wymacałam. Bo to drogie.

A co jeśli gen okaże się zmutowany? "Po co mi to wiedzieć?", pyta pewnie niejeden z Was. Po to, żeby badać regularnie zagrożone narządy i być zawsze krok przed rakiem. Nawet jeśli się pojawi, to dowiesz się o nim na tyle wcześnie, że wytniesz gnoja i zapomnisz. Ze będziesz mieć szanse. Z hodowanym w niewiedzy przez lata kalafiorem już raczej nie ma, niestety, szans.

Jest jeszcze jedna kwestia. Im więcej krewnych przekonamy do badań, tym więcej dowiemy się o sobie nawzajem. Ja nie zdołałam namówić brata i ojca, a mogłoby się okazać, że nasze wzajemne relacje genetyczne dostarczają ważnych informacji. Ale moje badania przydadzą się mojemu synowi i jak tylko Igor osiągnie pełnoletność, zaprowadzę go do poradni. Strachem nie zdziałamy nic, zapobieganiem  możemy uratować życie.

Badajcie się. Dbajcie o siebie i bliskich.

*     *      *

 A co dziś na mnie?
Czasami się trochę odstawię. Zwykle noszę się na luzie, więc jak na mnie to ten zestaw jest naprawdę elegancki. Komplecik buty + torebka, spodnie na kant, spokój taki. Pozwoliłam sobie jednak na odrobinę nonszalancji w postaci podwiniętych rękawów;-)
Białe koszule uwielbiam i mam ich kilka, rzadko jednak noszę je same, bez żadnego okrycia wierzchniego. Ale przytrafiło mi się tu coś takiego i myślę, że nie jest źle.

Główną rolę gra naszyjnik, który nabyłam w zabawnych okolicznościach. Jakiś czas temu "wystawiłam się" na Babim Bazarze, imprezie swap'owej. Można było wymienić się, sprzedać, kupić ciuchy, dodatki i inne babskie pierdoły.
Uczestniczyła w tym również moja sąsiadka. Zasadniczo tam nie zaglądałam, bo nasze rozmiary dzielą ze dwie litery i żaden ze mnie klient na jej stoisku. Ale na chwilę żurawia zapuściłam. I co? Naszyjnik na mnie czekał!
5 złotych, a ile radości;-)

















fot. Natalia (dziękuję za zapał)



spodnie (pants) - camaieu
koszula (shirt) - zara (sh)
szpilki (heels) - next
torebka (bag) - dunnes
naszyjnik (necklace) - babi bazar (swap market)





wtorek, 2 czerwca 2015

Usta usta. I dziwactwa.


Słowo się rzekło. Wymigiwać się nie będę. Zwłaszcza, że co niektórzy cisną, żebym jednak zwierzyła się tu ze swoich dziwactw, jak w poprzednim wpisie obiecałam.
Uwaga! To post tylko dla cierpliwych i twardych. Będzie długo, szczegółowo i chwilami psychodelicznie.

To ja może od początku - stara, sprawdzona metoda. 

Spotkałam się niedawno z kilkorgiem znajomych.  I jak to często bywa, rozmowa zaczęła się niewinnie, od jakiegoś przypadkowego tematu, potoczyła się jednak w kierunku, którego nikt by nie przewidział;-) W kierunku dziwactw właśnie.
Opowiedziałam o swoim małym, sekretnym odchyleniu od normy.

Mianowicie, że zawsze, żeby nie wiem co i jakie temperatury na plusie nie były, muszę spać w skarpetkach. Choćby w jednej. Bo tu nie chodzi o skarpetki w sumie, tylko o pięty;-))
Nie znoszę tego uczucia, kiedy dotykam piętą o piętę lub kiedy cudza pięta dotyka mojej pięty. Ogólnie rzecz ujmując, wara od moich stóp ze swoimi stopami. Na myśl, że mogłabym się otrzeć o czyjąś stopę, nie daj Boże z lekka choćby szorstką, cała się spinam. Brrrr.
To dlatego mam fizia pielęgnacyjnego w temacie stóp. Czuję się spokojna, kiedy moje stópki są jak pupcia niemowlaczka. Jestem obstukana w kremach, balsamach i peelingach oraz wszelkich patentach wygładzających.

I nie mogłabym być kosmetyczką czy pielęgniarką. Ogarnęłabym wszystko, ale nie cudze stopy. No nie! Nie umyłabym, nie wymasowała i nie obcięła paznokci przy cudzych stopach. Dziecku mogę, ale dorosłemu... nie ma opcji. 
Znajomym opowiedziałam na przykład, jak kiedyś przyglądałam się mojemu tacie, który leżał sobie na łóżku i czytał gazetę. Z krzesła, na którym siedziałam, widziałam tylko jego gołe nogi. Pomyślałam wtedy, że kiedy będzie stary czy chory, zajmę się nim, bo to dla mnie oczywiste. Ale co ja zrobię z tymi stopami? ;-)  W tym zakresie wezwę posiłki;-)

Co ciekawe, nie mam nic przeciwko masowaniu moich stóp. Riko jest po kursie masażu i robi to wyśmienicie. Zbyt rzadko, powiedziałabym. Ale wtedy to jest całkiem inna sytuacja. Bo jest oliwka, bo nastawiona jestem nieobronnie;-)

To tyle w temacie mojego pierwszego dziwactwa. I mniej więcej tyle opowiedziałam znajomym. Zachęcona dodatkowo pysznym pszenicznym piwem.

No to reszta zaczęła  teraz krążyć po swoich zwojach mózgowych, czynić autoanalizy, by wyszperać jakieś dziwactwo. Z jedną kumpelką w tak zwanym międzyczasie udałyśmy się do toalety (ptaki latają kluczem, baby do kibla chodzą parami).
Idziemy schodami, ja też wciąż się zastanawiam, czym jeszcze mogłabym błysnąć (błysk to wątpliwy, wiem). Bingo! Mam! Już otwierałam usta, żeby podzielić się odkryciem, ale R. mnie ubiegła.
- Wiesz co? Tak myślę, czy mam coś dziwacznego i chyba mam. To ma nawet nazwę, trypofobia. To jak się brzydzisz, boisz czegoś, co ma dużo dziurek. I znam tylko jedną osobę, która też to ma.

Uwierzcie mi, prawie zeszłam z wrażenia. "No, to znasz dwie", mówię. Dokładnie o tym pomyślałam, schodząc po schodach i od razu zrozumiałam, o czym mówi R.

Zaczęłyśmy jedna przez drugą podawać przykłady na obleśne, odrzucające zjawiska, obrazki, które potrafią zjeżyć włos. 
Wróciłyśmy do reszty towarzystwa i, tak jak przewidywałyśmy, nie bardzo rozumieli, o co nam chodzi. No bo jak widok plastra miodu, mrowiska czy nasion lotosu może paraliżować... Może!

Niestety, coś tchnęło moją koleżankę i wyguglała sobie trypofobię. Było mi zimno już do końca wieczoru. A jak sobie to przypomniałam rano, to i rano. Teraz, gdy o tym piszę, też jest mi zimno. Serio. I to się dzieje samo.
 Wymieniłyśmy się z R. pierwszymi wspomnieniami odnośnie tej fobii (jak na najprawdziwszej psychoterapii, hehe). Dla niej była to plastelina w przedszkolu lub szkole, w której robiło się wykałaczką/długopisem/cyrklem dziurki, jedna obok drugiej. Dla mnie zaś scena, w której babcia czyści tę dziurkowaną część od maszynki do mięsa - nie miałam wtedy więcej niż 5 lat, ale doskonale pamiętam, jakie to na mnie wywarło wrażenie.
A tego samego dnia, w którym doszło do spotkania przy piwku i dziwnych rozmów, wracałam z rajdu rowerowego i na poboczu zobaczyłam ścięty krzew. Nie z jednym pniem, tylko wieloma grubymi pędami. Ścięto je przy ziemi, pozostawiając dla większości zwyczajny, a dla mnie odrażający obraz dziesiątek krążków. Fuj. Naprawdę, to się czai wszędzie:-)

 Dobrze mi z wiedzą, że zjawisko ma nazwę, że nie jestem sama i nawet bliska koleżanka "cierpi" na tego samego pierdolca.
Ale mam wątpliwości, czy ogólnie podziałało to na mnie kojąco. Otóż teraz nie tylko te dziurkowane obrazy same na mnie wpadają, ale ja się ich doszukuję. Kilka dni temu posłałam R. sms-a ze zdjęciem arbuza, z którego wcześniej synek życzliwie wyjął mi pestki, żebym mniej roboty miała przy konsumpcji;-) Ona oczywiście poczuła ten sam wstręt na widok dziur po pestkach. Choć uznała, że dziury nie są na tyle małe, by zwaliły z nóg. A ja też nie wiem, czy kiedyś by mnie tak ruszały.
Taka sytuacja. Są ludzie normalni i mniej normalni;-D


Ale na koniec zostawiam Wam wisienkę na torcie.  Mówię Wam, to nagroda dla tych, którzy dotrwali do tego momentu moich wynurzeń. 
Otóż koleżanka opowiedziała o swoim ex, który był pedantem. Wada to lub zaleta, zależy od punktu widzenia. Albo siedzenia, jak się zaraz okaże...
Ex zawsze z typowym dla siebie zapałem wysprzątał mieszkanie na weekend, z dumą podziwiał swoje wypucowane ciemne płytki w toalecie.  A jak przychodzili znajomi, to zabraniał facetom sikać na stojąco, bo opryskają i będą ślady. Koledzy się stanowczo buntowali, ale ex się upierał i jeszcze bardziej stanowczo upraszał o sikanie na siedząco. Jak który szedł za potrzebą, to ex się kładł na podłodze w korytarzu i zaglądał przez wywietrzniki w drzwiach od kibelka, czy stopy są frontem do klienta czy raczej tyłem. Jak tyłem, to przerąbane.

Do dziś nie wiem, czy ex robił to trochę dla jaj, czy naprawdę terroryzował tak kumpli. Ale podobno teścia oszczędzał;-)

*    *    *


To była najszybsza sesja zdjęciowa świata. Trzy minuty pod blokiem. Ale za to się ubawiłam, co nawet trochę widać.
Kiedy się ładnie ustawiałam do zdjęcia, na balkonie na parterze przeciwległego budynku pojawił się młody, nawet przystojny facet w naprawdę dziadkowych gatkach, do tego brązowych. I przepłoszony był mocno. Niestety, nie byłam w stanie utrzymać powagi.




 









fot. Riko

płaszcz (coat) - h&m
spodnie (jeans) - fishbone
koszulka (t-shirt) - sh
trampki (sneakers) - nn
torba (bag) - sinsay
okulary (sunnies) - cambell
kolczyki (earings) - ?