czwartek, 28 maja 2015

Set w barwach ziemi

Miało być, a nie jest.
Miały być zdjęcia z żółtym dywanem z rzepaku w tle. Ale się nie wyrobiliśmy, nim przekwitł. Albo miałam fotografa, ale wiało, a ja wiatru, jak wiecie, nienawidzę. Wolę ulewę.
Albo ja piękna i gotowa, ale fotografa niet;-))))

Miał być post na Dzień Matki i już wymyśliłam, co Wam opowiem o mojej Mamie. I nawet specjalnie włożyłam spódnicę, którą po niej odziedziczyłam, oraz ulubioną torbę, z którą pewnie niejeden sąsiad ją kojarzył.
Ale padł nam komputer i nie mogłam tego posta przygotować na przedwczorajsze święto.

Nic to. Rzepak zakwitnie w przyszłym roku, a o mamie może przy innej okazji wspomnę.

W zanadrzu mam też post o dziwactwach. Obiecałam o tym napisać moim znajomym, z którymi spędziłam miniony sobotni wieczór. Padniecie! Ale muszę to jeszcze gruntownie przemyśleć, przygotować się. Uwierzcie jednak na słowo, będzie w cholerę dziwnie;-)

Plotę dziś jak potłuczona. To chyba skutki odurzenia majem. Ni ładu, ni składu. Chaos widzę, chaos. Wybaczcie twórcy twórczą niemoc...

To może oszczędzę Wam już czytania, pozostawię zaś z grafiką, która sama się musi bronić. Taki tam zestaw. Zwyczajny, prawda? Chociaż właściwie... nie taki zwyczajny, skoro odważyłam się pokazać kawałek brzucha. Nie zdarza mi się to często.
















fot. Riko


spódnica i torba (skirt and bag) - vintage, po Mamie ( from my mum's closet)
koszula (shirt) - sh
buty (shoes) - peacock
kapelusz (hat) - kangol design
okulary (sunglasses) - sinsay
biżuteria (jewelery) - różne (various)


I przy okazji bardzo, bardzo, bardzo Was proszę, weźcie udział w tym KONKURSIE
i zgarnijcie taki lub podobny pierścionek




środa, 20 maja 2015

pink&black

Zdarzyło mi się znaleźć w okolicznościach, kiedy bardzo się nudziłam, ale musiałam siedzieć na tyłku i ani mru mru. Pozostawało mi rozmyślanie. Książka czy telefon także nie wchodziły grę. Gdy skończyły mi się sensowne tematy do przemyśliwania, zaczęłam fantazjować.

Nie, nie będzie o fantazjach erotycznych;-)

Zaczęłam sobie wyobrażać, że budzę się rano i mam na przykład włosy do pasa. Albo jestem dużo grubsza. Byłoby zabawnie. Może na przykład mając stopy w rozmiarze 35, przewracałabym się, bo teraz mam 39, smarowanie kanapki na śniadanie tłuściutkimi paluszkami mogłoby mi nie wychodzić najlepiej... i tak dalej, i tak dalej.

A poważnie. Macie czasami tak, że oglądacie film, siedzicie za kimś w tramwaju czy stoicie w kolejce do kasy i myślicie: o, z tą to bym się zamieniła na gębę ciało, od razu!
Ja ostatnio oglądałam film i babeczka miała wszystko, co bym przyjęła bez szemrania: piękne, wielkie, zielone oczy, gęste włosy, drobne ciałko i niesamowity głos z naturalną chrypką.
Taaa, taka to we wszystkim dobrze wygląda i wszyscy ją uwielbiają;-)

Ale przecież moje brązowe oczy, kształt nosa czy głos są częścią mojej tożsamości, nawet jeśli wszystko to nie jest doskonałe.
Ale.
Ale gdyby tak można jednak było coś zmienić i wciąż przypominać samą siebie, to ja poproszę 10 cm mniej wzrostu i megagęste włosy!

*    *    *

A zestaw na dziś? Znowu nic nowego, tylko konfiguracja inna.
Trochę słodyczy, trochę goryczy. Trochę miodku, trochę dziegciu, jak w życiu. Trochę landryny, trochę rocka.













fot. Igor


sukienka (dress) - reserved
kurtka (jacket) - allegro.pl
torebka (bag) - ebay +diy
buty (shoes) - mango
zegarek (watch) - prezent (present)
bransoletka (bracelet) - nn
okulary (sunnies) - campbel

*

Ogłoszenie duszpasterskie

Na moim fanpage'u trwa przyjemny konkurs -> KLIK, w którym można zawalczyć o ten genialny pierścionek wykonany z kredek ołówkowych.
 Zapraszam!


 

 




czwartek, 14 maja 2015

Frak. Tails.

 Wraz z wiosną dzieją się u mnie dwa sprzeczne ze sobą zjawiska. Z jednej strony rodzą się we łbie pomysły. Głównie dotyczące mieszkania oraz szycia. Wciąż myślę o jakimś zadaniu DIY i wpadam w zachwyt nad wspaniałością tych konceptów;-) Gdyby tylko wciąż mieć czas i energię, wciąż działać, powstałyby cacka.

Właśnie... to ta druga sprawa. Gdzieś tak od zmiany czasu na wiosenny jestem nieustannie zmęczona i senna. Serio, nie wyrabiam. Od 21.00 latam już na autopilocie; żyję, ale co to za życie... Nie wystarcza mi 7 godzin snu. Rano budzik mnie krzywdzi. Chce mi się wyć, kiedy on wyje. A z natury jestem rannym ptaszkiem i nie robię problemu z wczesnego wstawania.

Przyznaję też, że chyba jestem mistrzynią trawienia cennego czasu na totalne pierdy. Źle gospodaruję dobą. Czas na reformę?

*    *    *

Frak gościł już na blogu TUTAJ
Reszta w sumie też. Nic nowego dziś nie prezentuję. Nuda, pani, nuda.
A nie! Wisiorek! Tego na blogu nie było.













fot. Igor

frak (tailjacket) - vintage
koszula (shirt) - sh
spodnie (jeans) - allegro.pl
torba (bag) - pchli targ (flea market)
okulary (sunnies) - sinsay
wisiorek (pendant) - pchli targ (flea market)
buty (shoes) - TK Maxx


niedziela, 10 maja 2015

Długa spódnica w paski i koszulka DIY.

Coś okropnego. Mam sporo do opowiedzenia, czuję nawet zaległości w tej materii, ale nie starcza czasu/zdjęć/postów, by być wreszcie na bieżąco.

Ale nie ma co stękać, trza próbować. No.

To opowiem Wam o mojej bezkrytycznej miłości do pewnej artystki i koncercie, na kórym byłam niedawno.
Mówiłam Wam już kiedyś, że jeśli chodzi o muzykę, lubię różne kierunki i gatunki. Zdarzały mi się jednak fascynacje, które wkrótce mijały, albo odwrotnie, doceniłam zespół czy wykonawcę, którego wcześniej ignorowałam.
Ale jej jestem wierna od gdzieś tak 15. roku życia. Mojego;-)

Katarzyna Groniec. Uwielbiam, cenię, szanuję, podziwiam.

Pierwszy raz usłyszałam ją, kiedy jako nastolatka byłam na legendarnym już musicalu Metro. Partnerowała wtedy Robertowi Janowskiemu i moim zdaniem w roli Anki nikt inny nie był tak dobry. Do dziś pamiętam ją, drobną dziewczynę, w przepastnych ogrodniczkach, z wdziękiem nie do podrobienia i  potężnym głosem (TUTAJ).

Metro widziałam potem, po latach, jeszcze raz i choć było wspaniale, bez Groniec już nie tak samo.

Miłością do musicalu i samej Groniec zaraziłam Riko. I on teraz lubi ją chyba bardziej niż ja, tyle że bardziej ceni sobie te pojechane i ostre kawałki.
Byliśmy kiedyś na jej koncercie. Na dziedzińcu zamkowym w Poznaniu. Lato, kameralny zamknięty ogród i ona. Klimat był.
Jej koncerty chyba przeważnie są takie właśnie dość kameralne. Jej muzyka to nie gwarny pop, tylko bogactwo wszelakich smaczków i słów. Wiem, że z założenia na przykład nie występuję na koncertach plenerowych. No tak, jej utwór pomiędzy piwem a kiełbasą z grilla...słabe.

Pod koniec kwietnia znów byłam na Groniec. Prezent urodzinowy od kuzynki. I tu dygresja. Ta sama kuzynka wzięła mnie, smarkulę, wtedy, pierwszy raz, na Metro. Ona też niezmiennie od zawsze uwielbia ten musical i Groniec.
Tym razem pojechałyśmy do niewielkiej dziury, gdzie w niepozornym kinie/domu kultury Kasia miała śpiewać piosenki Osieckiej. Słuchajcie, petarda!!!
Polecam. Uczta dla uszu i oczu. Myślałam, że ona już nie może być lepsza, a jednak. Wybrała do tego projektu genialne teksty, wspaniale je podała, a to, co robi przy tym z ciałem, naprawdę zaskakuje.
Towarzyszą jej zdolni muzycy. Całość okraszona jest prostą, ale ciekawą animacją. W ogóle podoba mi się koncept - proste rozwiązania, ale razem robią wrażenie. Wszyscy występują boso, robią kawał dobrej roboty i widać, że znajdują w tym niesamowitą przyjemność.
Aranżacje powalają, a wokalnie Groniec jak zwykle staje na wysokości zadania. Maluje głosem to, o czym śpiewa. Jest i szept, i rozdzierający krzyk.

I jeszcze coś. Groniec jest kojarzona jako artystka melancholijna, wręcz poważna. W projekcie ZOO pokazuje się jako przezabawna, energetyczna i wyrazista kobieta. Gdybym nie zobaczyła, jak trzęsie pupą, nie uwierzyłabym.
Jest niesamowita. I kropka.

Tu jedna z moich ulubionych jej piosenek. Jak macie obok jointa, to zapalcie i posłuchajcie sobie - Trawa

*     *     *

Z tymi zdjęciami to było tak, że wyszliśmy na spacer. Miałam przy sobie, oczywiście zupełnym przypadkiem, aparat;-) Niestety, rozładowany i udało nam sie zrobić raptem tych kilka fotek. Dobre i to. 

Spódnicę uszyłam dla mojej mamy. Na Dzień Matki. Nigdy jej jednak nie włożyła. Wtedy już chrowała...;-(

Z reszty tkaniny uszyłam szal. Koszulka to też DIY - na zwykły, szary T-shirt z Reserved naszyłam wizerunek kobiety w kapeluszu, który z kolei wycięłam z jakiejś bluzki zakupionej w lumpeksie. 

Taki tam zwyklak. Ale mój. 
W takich zestawach czuję się w sumie najlepiej.






 
fot. Riko

spódnica, szal, koszulka (skirt, scarf, t-shirt) -DIY
buty (shoes) - nn
torebka (small bag) - sh
torba na zakupy (shopping bag) - primark
okulary (sunnies) - sinsay.

poniedziałek, 4 maja 2015

Parka & boyfriend jeans. Seaside.

Dziś pierwszy dzień matur. Obecnie jestem na takim etapie, że jakoś bardzo szczególnie tego nie przeżywam. Własny egzamin dojrzałości mam dawno za sobą (oj, dawno <lament>), natomiast moje dziecko jest w podstawówce, więc jeszcze trochę nam brakuje do końca szkoły średniej.

Ale co roku, kiedy usłyszę w radiu czy tv, że ruszają matury, moje sentymentalne struny zaczynają lekko drgać.
Pamiętam twarze znajomych z klasy.
Pamiętam, że na język polski włożyłam sweter, a pod spód koszulę, której nie chciało mi się wyprasować. "I tak jej nie widać", pomyślałam praktycznie. Potem klęłam, bo w oszklonej sali było gorąco, a ja nie mogłam zdjąć sweterka z uwagi na własne wczesniejsze lenistwo. I to był chyba jedyny raz w moim żciu, kiedy wystąpiłam w czymś wygniecionym;-)
Pamiętam uczucie ulgi, kiedy odczytano tematy. Mogłam szaleć.
Pamiętam czarne dziury w głowie na maturze ustnej. Zacięłam się i koniec. Dacie wiarę, że miałam problem z wymieniemiem polskich noblistów? Stres mnie sparaliżował. Potem studiowałam polonistykę, tam wszystkie egzaminy i zaliczenia są ustne, więc wreszcie się ogarnęłam. Ale na maturze zmierzyłam się z tym po raz pierwszy i sama byłam zaskoczona, jak bardzo potrafię się zaciąć.
Pamiętam też ogłoszenie wyników, ale mi serce waliło!

Wiele jeszcze detali pamiętam. Ale co tam, było minęło.

A Wy? Pamiętacie swój egzamin dojrzałości? I co? To miłe czy raczej traumatyczne wspomnienia?

*     *     *

Dziś zestaw z wypadu majówkowego. Parka to prezent urodzinowy od Riko. Sama sobie zażyczyłam. Ta kurtka jest świetnie pomyślana - ma dopinaną misiową kurtkę spodnią, w której mróz nie będzie mi straszny. Po jej zdemontowaniu mam taką wiosenno-jesienną parkę, idealną na kapryśną pogodę nad Bałtykiem na przykład;-)

Mam też czapkę. Nie ruszam się nad morze bez czapki. To jest tak oczywiste jak mycie rąk po toalecie albo zębów przed snem. Tzreba i już;-) A to dlatego, że ja nienawidzę wiatru, on rujnuje moją kondycję psychiczną i fizyczną, więc wolę się zabezpieczyć.

Jest też premiera moich obdartusów. Są mi trochę za duże, więc szelki okazały się naprawdę praktycznym rozwiązaniem. Myślę, że wyglądają też ciekawie i razem z resztą tworzą trochę chłopięcy i łobuzerski klimat. A kosztowały mnie trzy złote polskie.















fot. Riko


Parka (parka jacket) - epister
spodnie (pants) - allegro.pl
koszulka (top) - h&m
szelki (suspenders) - sh
kardigan (cardigan) - sh
torba (bag) -coveri
okulary (sunnies) - ray ban
czapka (hat) - mojego męża (my husband's)
tramki (sneakers) - nn
zegarek (watch) - nn
szal (scarf) - atmosphere