sobota, 28 lutego 2015

total black


Po pierwsze już mi dużo lepiej. Właściwie prawie wyzdrowiałam i dziękuję Wam za słowa otuchy!  Było okropnie, ale z pomocą antybiotyku, pokonałam tego gnojka wirusa.

Powiem Wam, że nie było łatwo znosić godnie to choróbsko, kiedy za oknem pięknie świeciło słońce i wiosna pchała się przez wszystkie szpary, żeby mnie podjudzać i demonstrować, co tracę, leżąc w łóżku.

Zwykle w takich przedwiosennych okolicznościach to ja chcę sprzątać, zmieniać, działać! Ale spokojnie, doszłam do siebie i już działam. Wczoraj na przykład uszyłam sobie sukienkę. Okropniasto różową? Chcecie kiedyś zobaczyć? ;-)

I ogólnie, choć mam ostatnio trochę problemów, poczułam dziś taki dziwny optymizm. Jakby wbrew rozsądkowi. Można już kupić bratki i obsadzić balkon, kobiety zaczynają zrzucać grube płaszcze, dzień dzielnie walczy z nocą o godzinową przewagę, a ja mam dużo pomysłów i chęci. I na szycie, i na spędzenie czasu z Riko, i na spotkania towarzyskie, i na napisanie czegoś. Wiosno, dzięki ci za tę dobrą robotę, którą odwalasz!


Tego jeszcze nie było!!! Ja cała w czerni, niezmierna rzadkość.

Już się pewnie zdążyliście zorientować, że nie mam zbyt wielu czarnych ubrań w szafie, a nawet jeśli, to raczej nie łączę ich ze sobą.

Taki total black kojarzy mi się z dwoma nieciekawymi okresami w życiu. Ale czasem mnie piknie;-) I wtedy wyglądam na przykład tak jak na dzisiejszych zdjęciach.

A zdjęcia sprzed... no, jakiegoś czasu, kiedy jeszcze nikt nawet nie myślał o wiośnie. wiało i mroziło.  I nie sposób było  złapać jakiekolwiek słońce, dlatego wyszło dość ciemno i szaro. Ale i tak poproszę o brawa, zdjęcia robił mój dziesięciolatek.












fot. Igor

A w wolnej chwili koniecznie zajrzyjcie TUTAJ i zróbcie minimalny wysiłek, wciskając lajka;-)))


płaszcz (coat) - atmosphere
spodnie (pants) - h&m
kapelusz (hat) - h&m
futrzany kołnierz (fur neckpiece) - nn
buty (shoes) - nn
golf  (turtleneck) - sh
pierścionek (ring) - sh
torebka (bag) - ebay

Miłego weekendu ludziska Wy moje! Odpoczynku życzę.

niedziela, 22 lutego 2015

Winter casual outfit

Leżę zdechła w łóżku. W piątek byłam zarejestrować Riko w przychodni. Najpewniej to tam złapałam wirusa.
 Jak poczułam ten znajomy, zwiastujący grypę ból w kościach i mięśniach, pomyślałam, że to zaraz minie. Potem doszła temperatura, kaszel, te sprawy.
Przeżywam, wiem. Ale ja od lat nie byłam chora!
A wiecie co? Nawet fajnie tak sobie poleżeć w łóżku, zasnąć co chwilę, spijać donoszone herbatki. Trochę się człowiekowi dzieciństwo przypomina...


 Fotki sprzed dwóch tygodni. Po śniegu zostało ledwie mgliste wspomnienie, raczej z impetem wkracza do nas wiosna.

Rosja to delikatny temat ostatnio i możecie mieć ambiwalentny stosunek do mojej czapy;-) Ale ryzykuję. Nie jestem w żaden sposób prorosyjska, żeby było jasne, sierp i młot na czapce są raczej żartem.

Czapę zakupiłam w lumpeksie, razem z tą futrzastą. Udane to były łowy.


fot. Riko

kurtka (jacket) - sh
czapka (hat) - sh
szal (wrapper) - DIY
spodnie (pants) - h&m
rękawiczki (gloves) - vintage
buty (shoes) - nn
torebka (bag) - h&m

niedziela, 15 lutego 2015

kochliwy dzień


Walentynki były wczoraj, ale wczoraj to ja nie miałam czasu się tu pojawić;-)
Wydaje mi się jednak, że klimat wciąż się utrzymuje i mój post jest całkiem na miejscu.

Stosunek do tego święta mam chyba podobny do większości z Was. Uważam, że to plastikowy i coraz bardziej obleczony w marketing pomysł, ale już się przeciw niemu nie buntuję. Są gorsze rzeczy i je mogę bojkotować. A Walentynki? W sumie dość zabawna, sympatyczna okoliczność i okazja, by zrobić coś miłego. 
Słowem, nie zacietrzewiam się "bo amerykańskie", "bo tandetne", a korzystam pełną gębą. 

Co ciekawe, nie pamiętam żadnych Walentynek. Riko też nie kojarzy, jak to celebrowaliśmy. Ale wczorajszy dzień pamiętam i mogę Wam nawet co nieco opowiedzieć.


Wciągnęliśmy w obchody naszego synka. I tak, umówiliśmy się, że 14 lutego robimy dla siebie nawzajem walentynkową kartkę i jakąś przyjemność. Kilka dni temu przygotowaliśmy  losy z naszymi imionami i losowaliśmy, kto komu podaruje coś miłego.
Wylosowałam męża - dostał śniadanie do łóżka i liścik. Syn wpadł na podobny pomysł i też  kruszyłam rano w łóżku;-) Oprócz tego (co za czasy) odpalił mi w komputerze efektowną "kartkę" wykonaną w programie paint. Z kolei on od taty dostał dwa "vouchery" - na wyjazd na lodowisko i na pół godziny masażu. 
Myślę, że całkiem miło było.

Wieczorem my z Riko wyszliśmy na kolację. Restauracja zaprosiła na ten dzień fotografa do współpracy. W zaaranżowanym na tę okoliczność małym studio można było zrobić sobie romantyczne zdjęcia. Jak już je dostanę, obiecuję pokazać.

I co? Bez tego kiczowatego święta to byłaby raczej zwyczajna sobota. Wolę tę bardziej wyjątkową wersję.

Piosenka na dziś to klasyka. Mamy z Riko bardzo przyjemne wspomnienia z nią związane. POSŁUCHAJCIE



A teraz zdjęcia. Wbiłam się w koszulę Riko, trochę symbolicznie. Aha, są też szpilki grzęznące w miękkim, przedwiosennym gruncie;-) 
Spodnie celowo za krótkie. 
















fot. Riko


Dwa dni później. Aktualizacja. Dostałam zdjęcia, które zrobiono nam podczas walentynkowego wyjścia. Są super, ale niestety Riko nie zgodził się, bym pokazała jego wizerunek. Ale mam też samotną fotkę, którą oczywiście pokazuję!
Zdjęcia wykonali sympatyczni i zdolni ludzie z wdobrymkadrze.pl
Mała czarna, serduszkowy fascynator, te same szpilki, co wyżej. Taka tam stylówka.

 fot. tutaj





           I
futro (fur) - orsay
spodnie (pants) - sh
koszula (shirt) - mojego męża (my hubby's)
szpilki (heels) - next
rękawiczki (gloves) - vintage

           II
sukienka (dress) - zara
fascynator (headpiece) - Lady Trik
rajstopy (tights) - gatta
szpilki (heels) - next



wtorek, 10 lutego 2015

bright coloured winter set with fur hat

Kij ma dwa końce.
Z jednej strony, im człowiek bardziej dojrzały, tym bardziej jest ze sobą pogodzony. Równolegle do metryki wzrasta, jak mi się wydaje, dystans do swojej osoby, akceptacja samego siebie. Człowiek wykręca się z wyścigu po sympatię wszystkich wokół, poklask, komplementy mające potwierdzać naszą wartość. Sami już ją dobrze znamy.
Bo coraz mniej jest sytuacji, w których czujemy stres i niepewność. Bo na coraz mniej pytań nie znajdujemy odpowiedzi. Bo coraz mniej bolą nas pstryczki od innych.
Po prostu, jesteśmy coraz bardziej sobą, rozgoszczeni w swoim ciele i umyśle.

Macie tak? Ja tak mam.

Z drugiej jednak strony właśnie dojrzałość i doświadczenie sprawiają, że mam pogłębione autorefleksje i potrzebę pracy nad sobą. Dobrze już siebie poznałam, wiem, gdzie daję ciała, a gdzie jestem nie do ruszenia. Jestem świadoma swoich zalet, potrafię je nazwać, a nawet wypowiedzieć na głos bez rumienienia się.

Ale z tą samą mocą dociera do mnie świadomość, co jest we mnie niewłaściwe.

I od jakiegoś czasu staram się nad sobą pracować. Daję głowę, że nikt w moim otoczeniu tego nie zauważył (kurczę, teraz się dowiedzą i będą mnie obserwować;-)), ale nie dla nich się staram, lecz dla siebie. Chcę być lepszą osobą, lepszym człowiekiem, lepszą matką, lepszą kobietą.

Mam kilka parszywych wad, skłonność do zachowań, których ja nie lubię, a inni pewnie nie znoszą. Chciałabym choćby częściowo je wyeliminować. Zaczęłam samą siebie karcić, kontrolować. Kiedy robię to, co mnie w samej sobie mierzi, staram się w porę powstrzymać, nie iść w zły schemat, zawalczyć z pokusą.

Czas pokaże, czy dałam radę coś w sobie zmienić na lepsze. Oby. Chciałabym.
 *     *      *
 
 Musicie wiedzieć, że zrobienie tych zdjęć wymagało ogromnego poświęcenia zarówno ode mnie, jak i mojej pani fotograf (dzięki!). Ależ wtedy wiało. Zimno było jak diabli, z oczu leciały nam łzy, paluchy sztywno sterczały, ale dałyśmy radę. Ba, nawet dopisywał nam humor;-)

Co na fotkach? Sweter nabyłam na wypsz. w H&M. Wygrałam kiedyś voucher o wartości 50 zł. Wreszcie wybrałam się, by go zrealizować. I nabyłam ten sweter. Jakoś jesienią stwierdziłam, że mam mało swetrów. A bo w pracy ciepło. A bo pod kurtką potem grubo. A bo to. A bo tamto. Ale przychodzi potem co do czego i się ubolewa nad brakiem ciepłego swetrzyska.
Ten jest dość ciepły, nie gryzie i dobrze wygląda z koszulą.

Buty - były tanie, ale są niesamowicie ciepłe i wygodne. Mają w środku milusi kożuszek , takie dwie chmurki, w które wkładam stopy i już nie obawiam się mrozu;-)

Czapa z lumpeksu. Nieskromnie stwierdzam, że to cudowne znalezisko.

Reszta... ale to już było.











fot. Natalia

płaszcz (coat) - krawcowa (sewer)
sweter (sweater) - h&m
koszula (shirt) - sh
spódniczka (skirt) - sh
torebka (bag) - h&m
rekawiczki (gloves) - primark
wisiorek (pendant) - diy
buty (shoes) - zwykły sklep (nn)
czapka (hat) - sh


sobota, 7 lutego 2015

Schronisko "Azorek" i Puzon

Post będzie ideowo-promocyjny.

Póki co nie zdecydujemy się na psa w domu, ale pomślałam, że Igor na swój sposób mógłby mieć swojego pupila. Pojechaliśmy do najbliższego schroniska , by wziąć jakieś psiaki na spacer. Zakupiliśmy wielką pakę karmy i przekąski do kieszeni, żeby urozmaicić towarzyszom ewentualną przechadzkę.

Ten pomysł obijał mi się po głowie od dość dawna, ale zrealizowaliśmy to po raz pierwszy. Pani opiekunka, widząc nowicjuszy, zasugerowała niewielkie i raczej łagodne psy.
Riko załapał się na rocznego Mopsa ze skłonnościami ADHD, Igor zaś dumnie przejął opiekę nad małym, grubym Puzonem.

I co?
Tak jak myślałam. Nasz syn przepadł. Było widać, że bardzo się cieszy, jest przejęty, a całe przedsięwzięcie jest strzałem w dziesiątkę.
Głaskał swojego podopiecznego, mówił do niego z wielką czułością, częstował smakołykami, biegł lub wolno kroczył, w zależności od potrzeb Puzona.
Obok schroniska jest las. Idealna lokalizacja. Spacerowaliśmy tam godzinę i wszyscy, łącznie z pieskami, byli zadowoleni.
Zapoznałam się z historią Puzona. To już stary pies. Pomyślałam, że to może niedobrze, aby Igor przywiązywał się do niego, bo może niedługo odejść i będzie przykra sytuacja. "Może chcesz sobie wybrać innego pieska", sugerowaliśmy. Nie było o tym mowy.

Teraz codziennie błaga nas, byśmy udali się do "Azorka". Planuje, co kupi swojemu nowemu przyjacielowi i cieszy się na myśl, o spędzonym z nim czasie.
Bingo!




Co do samego schroniska, podziwiam ludzi, którzy tam pracują. To bardzo trudna, brudna i wymagająca praca. I nie wyobrażam sobie, że robi to ktoś bez powołania.
I pracownicy, i wolontariusze to osoby z wielkim sercem, za które psiaki pewnie dziękują, jak tylko umieją.

Kochani, zachęcam Was do adopcji zwierząt ze schronisk, a jeśli nie możecie pozwolić sobie na trzymanie psa czy kota w domu, wspierajcie te miejsca - groszem, jedzeniem, obecnością.




W "Azorku" jest dość skromnie, są bardziej ekskluzywne schroniska;-) Ale to nie ma raczej znaczenia. Pieski są takie same - spragnione miłości i troski, osamotnione, skrzywdzone przez ludzi. Ale inni ludzie mogą im pomóc.


A teraz przedstawiam Wam Pana Puzona. Prawda, że kochany?


Puzon





fot. Riko/ja

oczywiście nie ma lepszego utworu dla dzisiejszego posta