środa, 30 kwietnia 2014

Na rowery!!



  

Jak się pewnie domyślacie, za bardzo modowo to dziś nie będzie. Ale za to sportowo;-) I patriotycznie;-)
Już wszystko opowiadam. Otóż w miniony weekend w moim mieście odbył się MTB Maraton, spora rowerowa impreza, która ma już tutaj swoją ustaloną tradycję. Z całego kraju zjeżdżają zapaleńcy, by ścigać się w trzech dystansach na pięknych i malowniczych, ale niełatwych trasach. W tym jednym dniu całe miasto żyje atmosferą sportu i miłości do dwóch kółek. Nawet burmistrz nie buja się w garniturze, tylko bierze rower między nogi i pokonuje kilkadziesiąt niełatwych kilometrów.   




No dobra, ale co ja tu robię, bo od razu mówię, że nie wzięłam udziału w tych ekstremalnych zawodach. Zresztą, widać po rowerze i ubraniu, bo pojazdy i sami MTB rowerzyści wyglądali tak. Mojego złomka to chyba nawet nikt by nie chciał ukraść (odpukuję w niemalowane), a na MTB zdarzają się rowery warte kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy.
Aha, miało być o tym, co ja tu. Tę imprezę organizuje urząd miasta, ale sprowadza się to głównie do biura turystyki, w którym to pracują moi znajomi. Do tego zajmujemy ten sam budynek, zatem tak się jakoś dzieje, że się trochę wkręcam w działania. Nic takiego, właściwie sama przyjemność.
Między innymi zabezpieczałam start najmłodszych uczestników MTB. Od ubiegłego roku mianowicie organizatorzy włączają w tę imprezę dzieci i uważam, że to genialna idea. Dzieci się nie ścigają, jest to przejazd symboliczny, ale mają numery startowe, które pobierają w specjalnie zaaranżowanym biurze, ustawiają się na starcie, potem, witane oklaskami wjeżdżają na metę, muszą mieć kaski. Słowem, jest na prawdziwo;-)
Mój syn pokonuje na rowerze znacznie dłuższe trasy, największa, jaką zaliczył miała prawie 50 km. Mimo to jednak udział w MTB go nobilituje i cieszy, choć jedzie raptem 1,5km.  Chodzi o atmosferę, o frajdę.  Moim zdaniem to świetny sposób na wychowywanie dzieciaków do sportu, zarażanie pasją i pokazanie innego sposobu na życie niż kanapa, tv i spacer w niedzielę.
 

Najzabawniejsze były te naprawdę małe bąble. Przedszkolaczki. Spora część, nie potrafiąc jeszcze jeździć na rowerze, śmigała na rowerkach biegowych. Serce mi rosło, jak patrzyłam na te małe ciałka, krzywo nałożone kaski i przebierające nóżki. Pokonali swoje 500 metrów i daję głowę, że za rok będą chcieli znowu. I kto wie, czy za dwadzieścia lat nie wystartują już jako dorośli rowerzyści. I to jest piękne.

A'propos tych maluszków, równie zabawni byli ich rodzice i dziadkowie. Przy prawie każdym uczestniku biegła babcia z wypiekami, mama z falującym biustem albo tata z kamerką i brzusiem. Było na co popatrzeć, haha.




Teraz uwaga, puszczam do Was, kobitki, porozumiewawcze oko. Taki maraton, na który zjeżdża nawet tysiąc cyklistów, to święto w sensie estetycznym;-) Nie ta skala co mundial, ale trochę uciechy jest;-)

Trzeba pamiętać, że w zawodach biorą udział  także kobiety i tu z kolei można podziwiać napięte łydki, uda jak z kamienia i pośladki, którymi pewnie można rozłupać orzecha. Ciała rzeźbione sportem i ciężką pracą. Szacun.
fot. Tomasz Mizgier


To tyle na dziś. Koniec mojego patriotycznego posta. Znajomi z biura promocji powinni postawić mi dobrą kawkę;-)  Zbliża się długi weekend, więc mam nadzieję, że Was zainspirowałam i przynajmniej jego część spędzicie rowerowo. Zamówiłam ładną pogodę i wbrew temu, co zapowiadają w tv, ma być na jutro!


niedziela, 27 kwietnia 2014

kto pyta, ten wie;-)



Pomyślałam, że chciałabym lepiej poznać blogerów, których blogi często odwiedzam, którzy interesują mnie jako ludzie. Utworzyłam listę pytań, na które może mi odpowiedzą, jeśli znajdą na to czas i chęci.
Ale nie wypada wypytywać ludzi, jeśli sama uprzednio nie odpowiem na te pytania.

Do dzieła więc:


      1. Jak myślisz, skąd w Tobie potrzeba prowadzenia bloga?

O blogu myślałam od dawna. Jakimś. Chyba od zawsze lubię pisać, wywnętrzać się, a blog jest świetną platformą do takiego wyrażania siebie. Natomiast pomysł, by był to blog modowy pojawił się w mojej głowie mniej więcej rok temu. Wtedy to grzebałam w folderze na moim komputerze o wymownej nazwie "Ustawki". Ten folder miał już wtedy kilkuletnią historię, która zaczęła się od prośby mojej przyjaciółki. Wyprowadziła się na drugi koniec Polski i stwierdziła, że byłoby fajnie, gdybym wysyłała jej zdjęcia z tym, jak danego dnia wyglądam. Więc pstrykałam fotki przed wyjściem do pracy czy na spacer. Wiecie, w tle deska do prasowania, te sprawy, a ja się wdzięczę.
W każdym razie teraz robię to samo, tylko widzi to więcej osób i ma to wyższy poziom estetyczny;-)


                 2. Czego najbardziej by Ci brakowało, gdyby odebrano Ci Twojego bloga?

      Brakowałoby mi ludzi, którzy mnie odwiedzają, komentują, wspierają. I tej odrobiny adrenaliny;-) Powiem szczerze, że to pasja, coś, co mnie pochłonęło, więc bez bloga powstałaby pewnie jakaś dziwna, pusta przestrzeń.


                  3. Czy blog zmienił w jakiś sposób Twoje życie?  Jak?

      Jestem początkującą blogerką, za krótka to jeszcze droga, bym mogła powiedzieć, że wpłynęło to znacząco na moje życie.  Ale wpłynęło tak, że jeszcze bardziej się bawię wyglądem. I dłużej stoję przed szafą;-) A inne zmiany może nadejdą, kto wie!

               4. Napisz pięć pierwszych, naprawdę pierwszych i spontanicznych, skojarzeń ze słowem „moda.”

      ciuchy, czasopismo, wybieg, blogi, szycie  


              5. Co myślisz, kiedy patrzysz na polskie ulice (w sensie modowym)?

        Na pewno się zmieniają. Na lepsze. Nie wszystkie kobiety po 50-tce mają kasztanowe fryzury bez fasonu, nie wszystkie nastolatki wyglądają jak klony. Cieszy mnie przede wszystkim to, że coraz częściej spotykam ludzi, którzy są sobą, nie boją się indywidualizmu, mają modowe jaja.
      Ale wciąż jest olbrzymia przepaść między dużymi miastami  i całą resztą. W dużych jest naprawdę europejsko, jest na co popatrzeć. W tych małych nadal pokutuje dość dziwne pojęcie elegancji, a przede wszystkim brakuje ludziom luzu, fantazji i polotu.
      I jeszcze jedno, mężczyźni. Tu zmiany zachodzą znacznie wolniej, ale grunt, że zachodzą. Widzę coraz więcej facetów, którzy nie boją się dodatków takich jak szalik czy męska biżuteria. Miłe, że faceci zaczynają dbać o swój look bardziej świadomie, wiedzą, czego chcą  i starają się jakoś definiować swój styl.

     
        6. Czego nie może zabraknąć w Twojej szafie?
     
       Wielu rzeczy, ale ja po prostu MUSZĘ mieć szale i szaliki, to często kropka nad i.
     

       7. Gdybyś musiał(a) podczas pożaru ratować jedną rzecz z Twojej garderoby, co by to było?
     
      Wzięłabym całą szafę na plecy;-)  A serio, są rzeczy niezastąpione, takie, których już nie kupisz, unikatowe. Szybko wybrałabym kilka takich ubrań i uciekała.
     

            8.Czego nigdy, przenigdy nie włożysz?
     
     Czarnych butów do cienkich, cielistych rajstop. Garsonki. Dżinsowej kurtki i spodni razem.
     
      9.Na co najczęściej narzekasz? (w sensie modowym)

     Że nie mam talii osy. Że  nie mam do czegoś odpowiednich butów. Że w sklepach drożyzna.  
   

     10.Czy jest coś, co drażni Cię w innych blogach? Co to?

     Dwie rzeczy. Po pierwsze sztuczność. Po drugie maniera polegająca na tym, że kobieta stawia nogi/stopy do środka, choć nie jest niepełnosprawna. Nie rozumiem tego.

 
        11.Gdyby ktos podarował Ci 20.000zł na rozwój Twojego bloga, w co byś zainwestował(a)?

    W podrasowanie wyglądu strony, a resztę w szycie, by potem zaprezentować portfolio.

      

Dziękuję za uwagę;-))))

 




środa, 23 kwietnia 2014

urodzinowy post

Kilka dni temu miałam urodziny. Dokładnie 20 kwietnia, w piękną, słoneczną i miłą wielkanocną niedzielę. Która to wiosna mi stuknęła? Trzydziesta szósta. Nie wiem, czy to już, czy raczej dopiero trzydziesta szósta - to zależy, ile i jakiego życia jest przede mną. Wyjmę Wam to z ust - życzcie mi długiego i dobrego;-) Życia znaczy;-)

Nie, nie, nie będzie podsumowań i takich tam dyrdymałów. Powiem krótko: od niedzieli mam bliżej do czterdziestki niż do trzydziestki i to jest jednak trochę przejmujące, ale poza tym nic się nie zmieniło. Brzusio mam większy, ale to przez brak umiaru w temacie sernika, nie zaś przez metrykę;-)

A, jeszcze coś. Czytam aktualnie książkę Zelda Nancy Milford. Chyba dokładnie w dniu moich urodzin przeczytałam takie oto zdanie: Minni miała dwadzieścia trzy lata i nie uchodziła za młodą." Fragment ten dotyczył okoliczności z końca XIX wieku. Na szczęście! Na szczęście, bo pewnie wówczas babka w moim wieku była już dość stateczną, nobliwą osobą, a mnie przecież jeszcze swawola w głowie! jak dobrze, że obyczajowo jesteśmy już w innej epoce.

Na spacer, który dla Was uwieczniłam, wybrałam się w długiej spódnicy. To kolejna rzecz odziedziczona po Mamie. Bardzo lubię sukienki i spódnice w wersji maxi, szczególnie wiosną i latem. Mam ich kilka i pewnie nie raz się którąś tu pochwalę.
Dodam, że skorzystałam z ciepełka i spacerowałam w gołych nogach. Żałowałam nawet, że nie włożyłam sandałów. Pierwszy raz tak poszalałam w tym roku i sezon uważam uroczyście za otwarty.












 Moje trampeczki w kropeczki to prezent urodzinowy. A było to tak: wpadłam do CCC, aby kupić jakieś trampki Igorowi. Kiedy on mierzył swoje buty, ja zapuściłam tak zwanego żurawia i wypatrzyłam półkę, z której co druga para obuwia do mnie mówiła. Same wiosenne, trampkowe  piękności. Wybrałam te widoczne na zdjęciu poniżej i poinformowałam Riko, że kupił mi buty na urodziny (kilka dni wcześniej poinformowałam, że kupił mi materiał na  wymarzoną małą-czarną;-)).





fot. Riko



spódnica (skirt) - nn
bluzka (blouse) - nn
szal (wrapper) -DIY
torba (bag) - diverse
okulary (sunglasses) - biedronka
trampki (plimsolls) -ccc


 

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

luźna tunika i szal zebra

Ostatnio mam tak, że staję przed szafą i choć doskonale wiem, że mam co na siebie włożyć, to jednak nie mam. W tym będzie mi za zimno, to nie, bo wieje, do tego nie mam butów. Dramat. Baba znaczy. I ostatecznie wskakuję w coś wygodnego i na luzie, jak ten oto zestawik. Nic szczególnego, długo nad tym nie dumałam.






Zdjęcia robiliśmy w sobotę. Dość mocno wiało. Całe święta wieje. Nie znoszę wiatru, ale też nie sposób nie wyjść z domu, kiedy tak pięknie świeci słońce. Było tak ciepło, że spacerowałam w krótkim rękawku - sezon otwarty;-)
 









 fot. Riko



tunika (tunic) - sh
koszulka (T-shirt) - h&m
spodnie (jeans) - nn
szal komin (wrapper) - primark
torebka (bag) - nn
bransoletki (bracelets) - nn
buty (shoes) - peacock

czwartek, 17 kwietnia 2014

slow life

Dzisiejszy post jest niejako naturalną konsekwencją poprzedniego. Mianowicie mam postanowienie. Obiecuję sobie, że przynajmniej spróbuję żyć wolniej. Po prostu, wolniej.
I nie są to obietnice rzucane ot tak, bo chwila, bo nastrój, bo fajnie jest mieć tego typu wnioski. Nie, naprawdę to przemyślałam.
Przede wszystkim muszę być lepiej zorganizowana. Organizacja to nie jest to moja mocna strona, ale praca nad sobą nie boli.  Co to oznacza tak dokładnie? Podstawa to kalendarz i karteczki - żeby nie zapominać i lepiej planować. Dość często umyka mi jakaś sprawa do załatwienia i potem sama się na siebie denerwuję. Mam na głowie dom, pracę, rodzinę i bywa, że nie dam Igorowi pieniędzy na autokar albo nie odpiszę na jakiegoś maila. Chciałabym, by było tego wszystkiego mniej, ale tak się nie da, zatem pozostaje cierpliwa, żmudna i wytrwała walka z żywiołami;-)
Poza tym obiecuję sobie bardziej szanować swój czas. Zaczęłam przyglądać się temu, co z nim robię, i doszłam do przygnębiających wniosków. Ze wstydu nie opowiem Wam o szczegółach obserwacji, ale za to zdradzę, co sobie przyrzekam: mniej komputera, mniej fb, mniej sprzątania, za to więcej ruchu, więcej rozmów z bliskimi, więcej literatury i muzyki. To taki pierwszy rzut, najprostszy plan. Mam świadomość, że banalny w swej treści i naprawdę ograny, ale na pewno trudny w realizacji.




Dziś weszłam w bramę starej kamienicy. Nagrzana słońcem pachniała tak jak pachną właśnie tylko stare mury. Specyficznie, przyjemnie. Z kolei wczoraj wieczorem wyszłam wyrzucić śmieci i zatrzymałam się na chwilę, bo ptaki dawały taki koncert, że żal mi było już minąć  drzewa i nie wtopić się w tę muzykę. Przedwczoraj zaś porcjowałam wiejską kurę, którą czasami sobie załatwiam (ależ z tego jest rosołek!!) Kurę należało tylko pokroić i zamrozić poszczególne paczuszki. Kurka nadal miała jednak łapki-pazurki. Igor wkręcił się w temat, obciął łapki i zrobił mi z ich udziałem niezły kabaret. Nakręciłam szybki filmik i spłakałam się ze śmiechu. I wszystko to są małe migawki, momenty, które gubimy, kiedy się wciąż spieszymy.
Swoją drogą, uważam, że w Polsce pośpiech jest w pewnym sensie modny. W dobrym jest tonie opowiadać, jacy jesteśmy zabiegani (o tak, to ważne słowo w słowniku Polaka), zajęci. Wciąż się spieszymy, nawet jak się nie spieszymy. W kolejce do kasy wszyscy nerwowo drepczą, na jezdni trąbią, jak już się z kimś spotkają, to w międzyczasie odbierają kilka połączeń na komórkę, oczywiście bardzo ważnych. Trochę to denerwujące i śmieszne, jak się temu przyjrzeć.


Dobra, dość przynudzania;-) Kurtka to mój zakup sprzed bodaj 4 lat. bardzo trafiony, choć dość drogi. Nie żałuję, bo to jedna z tych rzeczy, które zawsze pasują, służą wiernie w prawie każdą pogodę i ratują szafiarkę, kiedy nie ma weny na wielkie stylizacje. 
Buty. Wygodniejszych chyba nie posiadam. Są miękkie, giętkie, a moje stopy je kochają. Te z kolei kosztowały niewiele, za to służą już kolejny rok. Niestety, są z materiału i od czasu, kiedy okropnie zmokłam na deszczu, widać na nich lekką rdzę. Ale to przecież dodaje im uroku;-)
Czapka. Uwielbiam czapki i kapelusze! Ta jest świetna wiosną, kiedy nie chce mi się myć głowy i układać fryzury;-)




fot. Riko



kurtka (jacket) - jackpot
spodnie (jeans) - fishbone (sh)
sweter (sweater) - h&m
buty (shoes) - peacock
szal (scarf) - C&A
torebka (bag) - nn
czapka (hat) - sh

wtorek, 15 kwietnia 2014

biały, mobilny żabot

Witam wszystkich w ten zimny, mokry i raczej szary dzień. Cóż, kwiecień-plecień. Przyszło mi do głowy, że pogoda jest jak kobieta - zmienna, kapryśna, nieprzewidywalna i... w kratkę;-))


A'propos, musicie wiedzieć, że wczoraj czułam jakąś dziwną wściekłość, coś mnie nosiło. I nie miało to nic wspólnego z PMS, żeby nie było. I tu dochodzę to pewnych refleksji.
Wiecie skąd wziął się mój niepokój i taka złość? Z tego, że miałam poczucie straconego weekendu. Po pierwsze wszyscy troje zapadliśmy na grypę żołądkową. Przez to musiałam odwołać zajęcia na kursie krawieckim, Igor nie pojechał na turniej piłkarski oraz koncert Pro Sinfoniki,  ominął nas też atrakcyjny rajd rowerowy, na który byliśmy zapisani od dawna. Zonk.
    To są jednak okoliczności, które nijak od nas nie zależą. Bardziej złościło mnie to, na co jednak mieliśmy wpływ. Otóż kiedy już doszliśmy do siebie i moglibyśmy spędzić czas bardziej sensownie, zupełnie go zmarnowaliśmy. Każdy przed takim czy innym ekranem, rozlazły i nijaki, coś okropnego.
    Miałam wrażenie, że całą niedzielę krzątam się po domu i zbieram coś po kimś, coś układam, prasuję, gotuję. Przynajmniej na chwilę wygnałam chłopaków na piłkę, ale całokształt niedzieli prezentował się marnie.
Nawet te zdjęcia były robione w pośpiechu i bez atmosfery. Wszystko "do-de."

Potem przychodzi poniedziałek i człowiek zamiast z podładowanym akumulatorem, wypoczęty i pozytywny, zacząć nowy tydzień, jest wnerwiony, zły i sfrustrowany. Tego nie lubię.

Ale nie ma tego złego;-) Jestem już po rozmowie z Riko i takie beznadziejne dni najpewniej szybko się nie przydarzą.








Pelerynę już znacie. Dziś jedna z moich ulubionych blogerek opublikowała post, w którym także pisze o pelerynie. Narzeka, że nosi swoją tylko kilka razy w roku. Też to mam. Brakuje pory roku, czasu, by nacieszyć się tego typu okryciem wierzchnim. Moja kraciasta narzutka jeszcze mi się nie znudziła i wciąż jestem bardzo zadowolona z tej zdobyczy;-)


A teraz moja duma. Żabot. Pisałam już nie raz, że bardzo lubię kołnierzyki i wszystko, co może się z nimi, dosłownie i w przenośni, wiązać. Od jakiegoś czasu żaboty kręcą mnie szczególnie. Ten mnie zachwycił w lumpeksie. Zdobił wielką, babciową, bluzkę z lat pewnie osiemdziesiątych. Od razu jednak do mnie przemówił i dojrzałam jego olbrzymi potencjał.
    Za bluzkę zapłaciłam 4 złote, odcięłam żabot od marnej pozostałości i tadam! mam takie oto coś. Podoba Wam się?


Sukienka to zwykła szmatka z h&m. Ja bym tu widziała bardziej elegancką, szlachetniejszą małą-czarną. Ale, ale. na dniach mam urodziny i już zakupiłam sobie prezent w postaci tkaniny. Będę szyła wymarzoną kieckę. Efekty... oj nie wiem, kiedy, chyba jak mi dobę wydłużą.










fot. Riko



peleryna (cape) - allegro.pl
sukienka (dress) - h&m
torebka (bag) - sh
żabot (ruffle) - diy
bransoletka (bracelet) - nn
buty (shoes) - mango